czwartek, 14 sierpnia 2014

O kobiecie, która jeździła koleją

czyli o tym jak podróż koleją transsyberyjską sprawiła, że znalazłam to, czego nawet nie szukałam.

Moskwa. Kierunek: Perm. Doba do celu. Już w pierwszych godzinach podróży poznaję niesamowitych ludzi. Martina i Andrea - blogerzy z Bolonii. To jedna z tych najpiękniejszych par, za którymi odwracasz się na ulicy. Mimo, że są już razem kilka dobrych lat, miłość i radość z nich wycieka, taki ot gatunek. Jest też "Masza from Rasza", która właśnie skończyła studia i wraca do domu. Nie chce nam się spać, tyle sobie mamy do powiedzenia.


Jak nie wstąpiłam do hare kryszna

Kierunek: Irkuck. Czwarty dzień podróży koleją transsyberyjską. Godzina 17:00 moskiewskiego czasu, 22:00 w Irkucku, 15:00 w Polsce. Jestem gdzieś w środku Syberii.  Otaczają mnie lasy, brak jakiejkolwiek cywilizacji i elektryczności. Otacza mnie również stado kazańskich joginów, którzy medytują i za nic w świecie nie dają wyprowadzić się z równowagi. Pisałam już o nich na fanpage’u, że to spotkanie w kraju tłuszczem i mięsem płynącym jest czymś naprawdę wyjątkowym. Zajadają się bowiem jedynie własnymi warzywami, a wszystko o czym mówią jest jedną wielką tajemnicą. Ale bez obaw, są pokojowo nastawieni. 
Są też piękni. I mam wrażenie, że wszystkich wokoło leczą swoim wyjątkowym spokojem ducha, którego nie spotyka się na co dzień.
Podczas postojów wspólnie ćwiczymy asany i rozmawiamy o miejscach, do których zmierzamy. Fizycznie i psychicznie. Jak się okazuje, oni również wybierają się nad Bajkał, jednak nad jego drugi brzeg. Na cały miesiąc, bez ani jednego telefonu czy komputera.
Zostało już tylko dziesięć godzin podróży. Wcale nie chcę wysiadać.


Śmiało mogę powiedzieć, że pomimo przynależności moich nowych znajomych do hare kryszna - co odkryłam dzięki wnikliwym badaniom wszelkich podanych mi informacji -  po tych kilku dniach wspólnego podróżowania nawiązują się zupełnie nowe przyjaźnie i przemyślenia. Jakkolwiek śmiesznie to zabrzmi - bo też bym się pewnie śmiała - więcej słyszę, widzę i czuję.


Wagon rosyjskich żołnierzy i jedna Polka



Droga powrotna znad Bajkału do Moskwy przeszła jednak moje najśmielsze oczekiwania. Już sam początek okazał się nadzwyczajny. Biorąc pod uwagę ogrom liczby pociągów, wagonów i miejsc, moje miejsce znajdowało się obok niezwykłego Polaka, który właśnie wracał na wakacje do Polski. Co ciekawe Tomasz (pozdrawiam Cię serdecznie!) uczy na chińskim uniwersytecie naszego ojczystego języka. Gdyby nie to, że czekając na wydanie mi pościeli trzymałam paszport w ręku, pewnie zaczęlibyśmy rozmawiać po rosyjsku czy angielsku. Jest też dwudziestoletni (!) policjant, z którym prawdziwie się zaprzyjaźniam. Dosiada się również Sasza, 32-letni wspaniały mąż i tata, którego opowieść powoduje, że gdybym siedziała w fotelu, zostałabym w niego wgnieciona. Sasza to - uwaga - raper, który w moim wieku umierał w szpitalu przez nadmiar alkoholu, wszelkich narkotyków i problemów związanym z życiem z mafią. Sasza do kolei wszedł w ręce z Biblią. Zmienili go Ewangeliści pokazując mu wiarę w cud, jakim na początku było uratowanie jego ciała i duszy. Teraz on tworząc muzykę do podobnych do jego pierwotnej wersji nastolatków zmienia świat. Zmienia też i mnie.
Oprócz całej masy jego niezwykłych anegdotek poznaję też... cały wagon rosyjskich żołnierzy, z którymi akurat będzie mi dane przeżyć kolejne kilka dni. Żeby było śmieszniej, to przyszli oficerowie - rakietnicy. Możecie sobie wyobrazić jedną młodą kobietę w wagonie przede wszystkim mężczyzn, którzy ostatni raz z płcią przeciwną rozmawiali dobre pół roku temu.


Czuję się trochę jak w cyrku. Nie jestem jednak pewna czy to oni są moją małpką czy to może ja należę do nich. Niemniej jednak i ja i oni bawimy się wyśmienicie. Wysiadają. Trochę nam smutno, ale radujemy się ciszą.


Po kilkugodzinnej przerwie w Permie, zaliczonym najpiękniejszym wschodzie słońca jaki kiedykolwiek był mi dany, przepysznym obiedzie na śniadanie wyruszam dalej. Podróż do Moskwy również nie zawiodła. Mimo zaledwie 24 godzin podróży jest równie wyjątkowo. Poznaję psychologa Dymitra (też jogina, tak swoją drogą), który wie, że na pewno będę jego żoną, przemiłego Maxa, który jeszcze nie wie, że będzie moim mężem i dwie rodziny podróżujących Malezyjczyków, którzy na co dzień prowadzą restaurację, a średnio dwa miesiące w roku podróżują. Tegoroczną podróż zamierzają skończyć na południu Europy. Za jakiś miesiąc. I to jest życie. Najśmieszniejszym faktem jest to, że po roku nauki byłam tłumaczem pomiędzy nimi, a prowadnikiem (osobą, która w danym wagonie sprawdza bilety, pilnuje porządku, sprzedaje jedzenie i wiele innych), na którego de facto wołają per "Kapitan". Atmosfera jest przekomiczna. Nie sądziłam, że spotka mnie tu tyle historii.


Wysiadam. Zupełnie odmieniona. Wydawać by się mogło państwo (po)komunistyczne, areligijne, a przepełnienie ducha jak nigdy dotąd. Przepełnienie radością i jakimś dziwnym spokojem, którego nawet nie szukałam.

Po więcej zapraszam na mój prywatny profil oraz fanpage. Właśnie wróciłam z samotnej kobiecej podróży na koniec świata, która wspierana była przez studenckie Koło Filozoficzno-Antropologiczne LeMonada oraz Akademickie Centrum Kultury.

A to krótkie filmowe podsumowanie całej wyprawy:



Z pozdrowieniami
Martyna Rydel



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz