czyli o tym jak podróż koleją transsyberyjską sprawiła, że znalazłam to, czego nawet nie szukałam.
Jak nie wstąpiłam do hare kryszna
Kierunek: Irkuck. Czwarty dzień podróży koleją transsyberyjską. Godzina 17:00 moskiewskiego
czasu, 22:00 w Irkucku, 15:00 w Polsce. Jestem gdzieś w środku Syberii. Otaczają mnie lasy, brak jakiejkolwiek
cywilizacji i elektryczności. Otacza mnie również stado kazańskich joginów,
którzy medytują i za nic w świecie nie dają wyprowadzić się z równowagi. Pisałam
już o nich na fanpage’u, że to spotkanie w kraju tłuszczem i mięsem płynącym
jest czymś naprawdę wyjątkowym. Zajadają się bowiem jedynie własnymi warzywami, a wszystko o czym mówią jest jedną wielką tajemnicą. Ale bez obaw, są pokojowo nastawieni.
Są też
piękni. I mam wrażenie, że wszystkich wokoło leczą swoim wyjątkowym spokojem
ducha, którego nie spotyka się na co dzień.
Podczas postojów wspólnie ćwiczymy asany i rozmawiamy o miejscach, do których zmierzamy. Fizycznie i psychicznie. Jak się okazuje, oni również wybierają się nad Bajkał, jednak nad jego drugi brzeg. Na cały miesiąc, bez ani jednego telefonu czy komputera.
Zostało już tylko dziesięć godzin podróży. Wcale nie chcę wysiadać.
Podczas postojów wspólnie ćwiczymy asany i rozmawiamy o miejscach, do których zmierzamy. Fizycznie i psychicznie. Jak się okazuje, oni również wybierają się nad Bajkał, jednak nad jego drugi brzeg. Na cały miesiąc, bez ani jednego telefonu czy komputera.
Zostało już tylko dziesięć godzin podróży. Wcale nie chcę wysiadać.
Śmiało mogę powiedzieć, że pomimo przynależności moich nowych znajomych do hare kryszna - co odkryłam dzięki wnikliwym badaniom wszelkich podanych mi informacji - po tych kilku dniach wspólnego podróżowania nawiązują się zupełnie nowe przyjaźnie i przemyślenia. Jakkolwiek śmiesznie to zabrzmi - bo też bym się pewnie śmiała - więcej słyszę, widzę i czuję.
Wagon rosyjskich żołnierzy i jedna Polka
Oprócz całej masy jego niezwykłych anegdotek poznaję też... cały wagon rosyjskich żołnierzy, z którymi akurat będzie mi dane przeżyć kolejne kilka dni. Żeby było śmieszniej, to przyszli oficerowie - rakietnicy. Możecie sobie wyobrazić jedną młodą kobietę w wagonie przede wszystkim mężczyzn, którzy ostatni raz z płcią przeciwną rozmawiali dobre pół roku temu.
Czuję się trochę jak w cyrku. Nie jestem jednak pewna czy to oni są moją małpką czy to może ja należę do nich. Niemniej jednak i ja i oni bawimy się wyśmienicie. Wysiadają. Trochę nam smutno, ale radujemy się ciszą.
Po kilkugodzinnej przerwie w Permie, zaliczonym najpiękniejszym wschodzie słońca jaki kiedykolwiek był mi dany, przepysznym obiedzie na śniadanie wyruszam dalej. Podróż do Moskwy również nie zawiodła. Mimo zaledwie 24 godzin podróży jest równie wyjątkowo. Poznaję psychologa Dymitra (też jogina, tak swoją drogą), który wie, że na pewno będę jego żoną, przemiłego Maxa, który jeszcze nie wie, że będzie moim mężem i dwie rodziny podróżujących Malezyjczyków, którzy na co dzień prowadzą restaurację, a średnio dwa miesiące w roku podróżują. Tegoroczną podróż zamierzają skończyć na południu Europy. Za jakiś miesiąc. I to jest życie. Najśmieszniejszym faktem jest to, że po roku nauki byłam tłumaczem pomiędzy nimi, a prowadnikiem (osobą, która w danym wagonie sprawdza bilety, pilnuje porządku, sprzedaje jedzenie i wiele innych), na którego de facto wołają per "Kapitan". Atmosfera jest przekomiczna. Nie sądziłam, że spotka mnie tu tyle historii.
Wysiadam. Zupełnie odmieniona. Wydawać by się mogło państwo (po)komunistyczne, areligijne, a przepełnienie ducha jak nigdy dotąd. Przepełnienie radością i jakimś dziwnym spokojem, którego nawet nie szukałam.
Po więcej zapraszam na mój prywatny profil oraz fanpage. Właśnie wróciłam z samotnej kobiecej podróży na koniec świata, która wspierana była przez studenckie Koło Filozoficzno-Antropologiczne LeMonada oraz Akademickie Centrum Kultury.
A to krótkie filmowe podsumowanie całej wyprawy:
Z pozdrowieniami
Martyna Rydel





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz