Pozdrawiam Was już znad Bajkału! W końcu mam prąd, Internet i herbatę. Można powoli nadrabiać zaległości.
Część z Was wie, że byłam tam przez dwa tygodnie, aby wspólnie z innymi wolontariuszami z innych krajów remontować mieszkania ofiar represji politycznych. W naszym przypadku - babuszek, które w jakikolwiek sposób dotknęła potęga systemu. Babuszek, które odczuły na sobie lub swoich najbliższych wrogo nastawioną wobec poglądów rodziny politykę Związku Radzieckiego.
Była to kolejna edycja wyjazdu, w którym uczestniczyłam także w zeszłym roku. Wtedy jednak byłam w Rosji po raz pierwszy i czuję, że poprzez wszechobecną ekscytację i nieskończoną ilość nowych bodźców nie miałam wystarczająco dużo czasu i, o ironio, energii, aby rozmyślać o tym, co właściwie robię.
A dokładniej o trudnościach pracy, które dotarły do mnie dopiero teraz.
I nie chodzi mi wcale o pracę fizyczną, która owszem, była ciężka (były to najprawdziwsze remonty mieszkań). Najtrudniejszą pracą było przekonywanie do jakichkolwiek zmian. Niektóre babcie naprawdę sądziły, że w podklejonym taśmą klejącą suficie nie ma nic złego. Jak się trzyma, to nie ma przecież problemu. Zmusiło mnie to do zastanowienia czy... ja też taka kiedyś będę? Czy pozostanę tak uparta jak teraz uważając, że wszystko co zrobię sama jest lepsze i czy dam sobie kiedyś pomóc przyznając rację, że istnieją jednak ludzie młodsi i sprawniejsi ode mnie?
Drugą formą pracy była dla mnie ogromna próba charakteru dotycząca nie wchodzenia w dyskusję z niektórymi babuszkami. Pracując i wymieniając się grupami mieliśmy okazje poznać je wszystkie, porozmawiać o ich historii, dowiedzieć się czegoś o rodzinie. Jedna z nich uparcie wierzyła wszelkim mediom, upierając się, że Katyń to próba pomocy (sic!) Polsce. Radzieccy żołnierze zamordowali wówczas rzekomo wszystkich tych, którzy byli w koalicji z Niemcami, więc Rosjanie, oczywiście bohatersko chcieli nas wyzwolić. Babcia kończąc wykład zahaczyła o czasy współczesne, gratulując Polsce poparcia w obecnej sytuacji Rosji, a nie Ukrainy. Sądziła też, że pokazywana w telewizji chęć przywłaszczenia przez nasz kraj terenów Lwowa jest wspaniałym pomysłem. Bo w końcu to "nasza ziemia".
Więcej chyba nie muszę nic dodawać. Nie dowierzałam własnym uszom. Przyznam, że jeśli chodzi o dociekanie prawdy, to można mnie nazwać osobą co najmniej kłótliwą. Najgorszą więc "pracą" było dla mnie tegoroczne spotkanie z tą właśnie osobą, która otumaniona przez ówczesne media, prawdopodobnie też szkołę, próbowała zepsuć moje dotychczasowe zdanie o wielu wspaniałych Rosjanach, którzy wiedzieli jak było naprawdę. I mimo to potrafili przyznać się do błędów swojego kraju, wyciągnąć rękę na zgodę i nawiązać nowe znajomości czy nawet i przyjaźnie.
W tym przypadku wiedziałam jednak, że niewiele wskóram. Wraz z poparciem znajomych - Rosjaninem i Niemką (sic!) wytłumaczyłam więc najspokojniej jak się da jak było naprawdę i zamknęłam temat. Wiedziałam, że kłótnia nic nie pomoże, a tak by się najprawdopodobniej skończyło.
Nie wiem jaka będę na starość. Nie wiem jak bardzo będę uparta i nieustępliwa.
Jestem pełna wątpliwości.
Cieszę się jednak, że podczas miesięcznej podróży trafiłam na, jestem tego pewna, pierwszą i ostatnią tego typu bohaterkę całego wyjazdu.
W następnym odcinku - tygodniowa podróż koleją transsyberyjską! Zapraszam!
Moja miesięczna podróż nad Bajkał jest możliwa dzięki współpracy z Kołem Naukowym LeMonada oraz Akedmickim Centrum Kultury Uniwersytetu Gdańskiego. Dziękuję.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz