niedziela, 30 listopada 2014

"Infantylność", którą uwielbiam


Zastanawialiście się kiedyś gdzie leży granica pomiędzy zachowaniem infantylnym, a prawdziwym?

Męczą mnie rozmowy w towarzystwie osób, które wszystkie sprawy traktują śmiertelnie poważnie. Martwią ich spojrzenia pełne pogardy, które rzucają na osoby cieszące się choćby z najdrobniejszych rzeczy i zasmuca ich całkowity brak poczucia humoru.

Zdecydowanie lepiej czuję się wśród ludzi pełnych optymizmu czy choćby złudnej nadziei na upiększanie tego świata. Tych,  którzy potrafią szukać piękna w rzeczach pozornie niedostrzegalnych.

Czy nazywanie ich infantylnymi albo dziecinnymi tylko mi wydaje się wyjątkowo krzywdzące?
I taka ciekawostka. Dlaczego osoby typu A świetnie się bawią i wzruszają na filmach, w których główne role odgrywają postaci typu B? Dlaczego po pięciu minutach od zakończenia seansu już nie pamiętają, co tak naprawdę chciano im przekazać? Dlaczego nie starają się bawić się życiem i jego pięknem, dlaczego nie chcą/nie mają odwagi być sobą?

I nie, niech nikt mi nie wmawia, że może właśnie w ten sposób  sobą. Podział na pesymistów itp. to jedno. Znam sporo ludzi nieco mniej optymistycznie nastawionych do świata, którzy jednocześnie być sobą potrafią. Nie chodzi mi też o tak zwaną przebojowość, bo wiadomo, że nie każdy ją ma. Już tłumaczę:

Nie wymagajmy od siebie rzekomego profesjonalizmu, tam, gdzie wcale nie jest potrzebny.
Ktoś może powiedzieć, że biznesmen, prawnik czy ekonomista otaczający się takim, a nie innym towarzystwem nie powinien traktować pewnych rzeczy półserio, z dystansem czy z przymróżeniem oka. Nonsens. Negocjując choćby z najtrudniejszym partnerem, znając podstawowe zasady savoir-vivru można zachowywać się profesjonalnie, jednocześnie z naprawdę potrafiącym zmienić wiele "zwykłym" uśmiechem. 

Wierzcie mi, można mieć w sobie hektolitry klasy, dobrego wychowania i radości jednocześnie.

I tylko takich ludzi na Waszej drodze Wam życzę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz